* Blog autorki książek dla dzieci *
O autorze
Zakładki:
Http://anetanoworyta.com
Http://ksiazka-od-kuchni.blogspot.nl/2015/08/zosia-i-ksiaze-elfow-aneta-noworyta.html?m=1
Linki
Skopiuj CSS

Przygόd kilka kota Dwalinka

środa, 28 grudnia 2011


Dwalin to ja

Mam na imię Dwalin i jestem norweskim kotem leśnym. Właściwie jestem Holendrem
i całkiem domowym, ale nazywają mnie leśnym. Przyznam, że to trochę miesza mi w głowie.
No bo w końcu leśny –  to nie domowy, a skoro domowy –  to powinienem siedzieć w domu,
a mi zdarza się wychodzić.  Najczęściej na balkon. Balkon, swoją drogą, znajduje się w Rotterdamie, gdzie mieszkam z dwunożnymi.
Ci dwunożni nie wyglądają tak jak ja. Zdecydowanie też różnią się od siebie. Dwunożny A jest mniejszy i ma długą sierść na głowie. Dwunożny J  jest dużo większy od dwunożnego A, i ma krótko przystrzyżoną sierść. Oczywiście tylko na głowie, bo jak wiadomo dwunożni, ogólnie rzecz ujmując, są nadzy. Wstydzą się tego ogromnie, więc pożyczają sobie sierści od czworonożnych. Dalej nie będę w to wnikać, bo nie ma to większego sensu. To całkiem przykra sprawa.
Każdy się przecież wstydzi łysiny.
Wróćmy do balkonu.
Balkon znajduje się nad rzeką.  Nad rzeką latają mewy. Nad mewami często pada deszcz. Jak pada deszcz balkon nie nadaje się do użytku.
To nie ma większego znaczenia, bo wtedy siedzę za szybą salonu i patroluję rzekę. Jak wyglądam przez okno, statki pływają po wodzie.
Jak ucinam sobie drzemkę, ruch na rzece zamiera. To oczywiste.
Życie upływa mi na podstawowych obowiązkach każdego kota: Spaniu, jedzeniu i patrolach okolicy, cokolwiek ma to oznaczać.
 

Jak mnie zwą?

Każdy pyta o moje imię, więc powiem krótko: Dwalin to imię królewskie. Wywodzi się nie wiadomo skąd, ale słyszałem od dwunożnych, że moim pradziadem był król kotów leśnych, które sprowadziły się na norweskie fermy, by się uwolnić od trolli. Troll. Nie bardzo wiem, co to może być. Skoro się naprzykszały kotom, to trolle pewnie są jakimś rodzajem psa?
To brzmi całkiem sensownie.
Psy to najbardziej irytujące czworonogi, jakie znam. Nie dość, że szczekają, zamiast miauczeć, cuchną jakby się nigdy nie myły, to na dodatek robią wszystko, co im każą dwunożni. Jak dwunożny powie: “Siad” – to pies siada. Jak dwunożny powie: “Podaj łapę” – już łapa w powietrzu. Totalny brak indywidualizmu!
Z kotami to co innego.
Ja, na przykład, nigdy nie podaję łapy i nie siadam na rozkaz. Za nic w świecie nie  zjawiam się na zawołanie (pomijając wołanie na kolację, co traktuję jako zaproszenie). Poza tym słuchanie dwunożnych nie należy do moich kocich priorytetów. Wrecz przeciwnie. Powiedziałbym nawet, że to dwunożni zjawiają się na moje zawołanie. Zawsze, na przykład, biorą mnie na ręce, jeśli  sobie tego życzę. Zawsze otwierają przede mną drzwi pokoi, sprzątają moją toaletę, przygotowują posiłki. Rozścielają mój ulubiony kocyk, kiedy wskakuję na kanapę. Mogę tak wymieniać w nieskończoność.
Podsumowując: Mam lokaja, sprzątaczkę, kucharza i damę do głaskania. To wystarczający dowód na to, że płynie we mnie błękitna krew. Dlatego też nazywam się Dwalin.

Domek

J przyszedł do domu z interesującym, plastikowym pudłem. Po obwąchaniu okazało się, że pudło nie ma żadnych specyficznych zapaszków. Zachęcony tym bezzapachem wchodzę do środka. Pudło nie jest zbyt duże. Właściwie ledwo się w nim mieszczę, ale to całkiem przyjemne. Jest wyścielone czerwoną pianką. To mój ulubiony kolor. Dookoła są małe okienka, przez które mogę obserwować, co dzieje się na zewnątrz. Nagle pudło zostaje zamknięte od zewnątrz, a ja czuję jakbym lewitował.
“ No, Dwalin, teraz masz swój przenośny domek. Jest ci tam dobrze?”
J chyba stracił rozum!
Postaw  mnie na ziemi, bo zwymiotuję od tego kołysania!
Wydaję z siebie miauk niezadowolenia. Pomogło. Skrzynka ląduje na podłodze i mogę z niej wyjść. J głaszcze mnie po głowie, w której kręci mi się straszliwie jakbym siedział na karuzeli. Dostaję kawałek szynki. Już lepiej. Szynka zawsze pomaga. To swego rodzaju panaceum. Jak ci źle, zjedz kawałek szynki, a od razu zrobi ci się lepiej. Zapach szynki powoli ogarnia moje zmysły i zapominam o karuzeli . Może skrzynka nie jest taka zła. Tylko niech jej nikt nie podnosi, jak w niej mieszkam.

 

Sprawa ogona

Wszędzie mnie coś ciągnie! Pod pachą mam  kulkę. Na brzuchu mam kulkę. Wszędzie mam kulki. Za niedługo cały będę kulką! A od rana chodzi za mną z grzebieniem i nożyczkami. Ja do sypialni - A do sypialni, ja do kuchni - A do kuchni, ja do łazienki - A do łazienki.
Nie ma mowy! Nie dam się!
Do pokoju wchodzi J. To już nieprzelewki. Hop! Jestem pod łóżkiem i możecie mi nagwizdać! Sam sobie poradzę z kołtunami, ok?!
Najwyraźniej dwunożni są innego zdania. Ląduję u weterynarza.
Nożyczki, grzebyk, kły w palcu doktorka.
Syczę jak kobra,  jeżąc sierść na karku jak najprawdziwszy lew. Nagle czuję  ukłucie. Gabinet staje się okrągły, doktorek wiruje w powietrzu. Ostatnie słowa, jakie słyszę, to:  “Proszę się nie martwić, u-su-nie-my  koł – tu – ny  pod naaarkooo….”
Powoli dochodzę do siebie. Pomieszczenie nabiera kształtu. Widzę już krzesło, widzę stół, widzę dwunożnych, widzę mój łysy ogon. Łysy!? Mój piękny, puszysty ogon! Ostrzyżony jak baran! Psss! Prcchchch! Na wściekłego buldoga! Kto mi ogolił ogon?!
Kręci mi się w głowie. A zaczyna krzyczeć na dwunożną w białym fartuchu. Dobrze ci tak, poczwaro! Pewnie zrobiłaś to z zazdrości, że sama nie masz ogona!
Wracamy do domu. Wchodzę pod stół  i nie zamierzam spod niego wyjść, dopóki mi ogon nie odrośnie. Nie wyciągną mnie stąd nawet traktorem!
Zaraz… zaraz… Zostawmy traktor…
Czy mnie nos nie myli?
Czuję woń szyneczki z indyka. Łysy ogon na szczęście nie wpłynął na mój zmysł węchu. Indyczek wchodzi pod stół. Przechodzi tuż koło mojego nosa. Gulululu! Gulululu! To nie indyczek, to mój żołądek. I co teraz?
Mój dylemat znika, kiedy pod stołem pojawia się A. “ Dwalinek, zjedz coś, to ci szybciej ogon odrośnie”.



Noc

Środek nocy. Za oknem błyskają światła latarni. Czasem po niebie przesunie się skrzydlaty cień. Wszyscy śpią, a ja nie mogę zmrużyć oka. Wręcz przeciwnie. Wcale nie chce mi się spać. Mam ochotę na przygodę. Nogi stołu i krzeseł zmieniają się nagle w konary drzew, dywan perski zmienia się w puszysty mech, a szafka kuchenna w półkę skalną. Ja zamieniam się w ogromnego tygrysa. Wokół panuje cisza, ale mój instynkt podpowiada mi, że powinieniem być czujny. Nagle w oddali słyszę kroki. Czaję się między drzewami, gdy na oświetlonej światłem księżyca drodze, ukazuje się antylopa. Krew zaczyna krążyć szybciej w moich żyłach, przykucam na tylnych łapach, kręcąc drapieżnie ogonem. Atak!!! Z tygrysim sprytem wyskakuję z gąszczy, rzucając się na ofiarę. Pazury wbijają się w delikatną skórę.
A wrzeszczy przeraźliwie, kopiąc nogą w powietrzę. Nogą, na której wiszę ja! Z tygrysa zmieniam się w nietoperza, szybującego w powietrzu! Miaaaaau!
Dzięki echolokacji ulokowanej w ogonie ląduję na kanapie, oszołomiony tym, co zaszło. Dziewiczy las zmienia się w stół i krzesła. Półka skalna znów jest szafką, A staje się dwónożna,
a jedna z jej kończyn ma szramy po  tygrysich pazurach. “Dwaaaliiiiin”!!!
Moje imię wypowiedziane w tej tonacji nie oznacza nic dobrego. Śmigam pod szafkę i udaję, że mnie nie ma. A wraca do łóżka. Znów jest cicho i ciemność dookoła.
Świetna zabawa! Jutro zapoluję na żubra!

Odkrycie

Jest piękny dzień, który spędzam na balkonie. Po rzece pływają statki, nad statkami latają mewy. Tuż nade mną lata osa. Mrużę oczy, próbując zasnąć w słonecznych promieniach, a osa  bzyczy. Bzz …Bzzz…Bzzz. W końcu nie wytrzymuję. Macham łapą, kłapię paszczą, świstam ogonem.
Bzz…bzzz…bzzz.
Na wściekłego buldoga! Odczep się! Osa nie chce się odczepić, więc przenoszę się na drugi koniec balkonu. Nagle osa przestaje istnieć. Wszystko przestaje istnieć. Oprócz otworu, który wzdłuż ściany prowadzi do… następnego balkonu? To podniecające! Co może być na następnym  balkonie? Postanawiam, że trzeba to zniezwłocznie zbadać. Terytorium jest dla kota jak królestwo dla króla. Być może sąsiedni balkon nie ma jeszcze właściciela? Przeciskam się przez otwór jak ninja. Szybko, precyzyjnie
i niezauważony przez nieprzyjaciela.Teren jest wolny od innego kota. Jedyna woń unosząca się w powietrzu to zapach pelargonii.
Obchodzę przestrzeń dookoła, sprawdzając każdy kąt. Nagle z mojego balkonu dochodzi wołanie A. “ Dwalin! Dwaaaalin?”! Zamieram. Moja nieoobecność została zdemaskowana.
Wracać? Czy udawać, że mnie tu nie ma?
Oczywiście nie wracam. Głos odchodzi w nieznane. Tu mi dobrze. Leżę na terenie wolnym od zbzykowanych os. Słońce grzewa moje miękkie futerko. Błogo mi…
Błogość przerywa znajomy dźwięk otwieranej puszki. To chyba nie to, co myślę? W powietrzu unosi się zapach tuńczyna. Próbuję  myśleć
o osie, ale nic z tego. Przed oczami pływają mi soczyste, tłuste tuńczyki.
To silniejsze ode mnie. Ok! Wracam! A niech to tuńczyk strzeli! Kto by się mu oparł?!

Balkonowe królestwo

Sprawa sąsiedniego balkonu wyjaśniona. Dwunożni porozmawiali z sąsiednimi dwunożnymi, co zaowocowało poszerzeniem granic mojego terytorium. Od tego czasu spędzam dzionki na moich nowych włościach.
A skoro o nich mowa, to powiem tyle, że przeszło to moje wszelkie oczekiwania.
Okazało się, że sąsiedni balkon połączony z jest z kolejnym balkonem, a kolejny balkon jeszcze z kolejnym. Mam więc w posiadaniu 7 balkonów ?! Zgodnie z umową dostałem też dodatkowych dwunożnych, którzy od czasu do czasu chcą mi się przypodobać, proponując kocie przysmaki.
Od Carli dostaję kawałeczek szyneczki, od Erika (który swoją drogą jest Norwegiem)  dostaję kawałek łososia, od Gerdy dostaję chrupki o smaku dzikiej kaczki, od Rona … Od Rona dostaję ślimaka, którego znalazł na sałacie z supermarketu. Niestety po głębszej analizie, ślimak nie nadawał się do spożycia. Tyle się słyszy o przeterminowanych produktach ze sklepów, a ludzie nadal nabierają się na przyład na ślimaki. I to bez sera.

……….

 

Balustrada

Już 2 tygodnie jest lato. Nie zdarza się to często w kraju deszczowców.
Słońce świeci mi w nos, wąsy stają się leniwe
i nie reagują na bodźce.
Leżę na drugim balkonie, a na krześle siedzi znajomy Norweg.
Przyznam szczerze, że efektywna komunikacja
z przedstawicielem tej samej rasy ( mając na uwadze moją norweską krew)  nie jest rzeczą oczywistą.
No bo ja “miau”, a on nic. Ja znów “miau”, a on tylko patrzy w gazetę. Efekt mojego rozczarowania jest tak wielki, że postanawiam wskoczyć na balustradę, po której przechadzam się w tę i we w tę, nie bacząc na to, że balkon znajduje się na trzecim piętrze.
Z balustrady świat wygląda zupełnie inaczej. Czuję się jakbym był supermenem!  Od wody dzieli nie tylko 10 metrów. Od nieba odziela mnie tylko jedna mewa.
Moje akrobatyczne wyczyny przerywa krzyk przerażenia zbliżony do krzyku trolla. Norweg zrywa się z krzesła.  Ja przykucam na balustradzie, by nie stracić równowagi. Już mam skoczyć, kiedy ręce Norwega chwyta
ją mój ogon i kark. Mrrriaaaaauuu!!! A niech cię buldog użre! Ląduję na podłodze, nie wiedząc, kto jest bardziej przerażony. Zdecydowanie Norweg, któremu serce bije jak nosorożcowi z galopie. W ciągu 30 następnych sekund ląduję
w ramionach równie przerażonej A. Trol sugeruje, że chciałem popełnić samobójstwo. Co za bzdura?! Czy ja jestem wariat jakiś? Przecież żaden zdrowy na umyśle kot nie skoczyłby do wody! Patrzę na Norwega z politowaniem, a on dalej swoje. A straciła mowę. Bez słowa zabiera mnie do domu. 
Żegnajcie balkony!

Rybiki

Drzwi do balkonu są zamknięte na cztery spusty. W domu nie ma nikogo. A i J wyszli rano w wielkim pośpiechu. Nie dość, że nikt mnie z rana nie pogłaskał, nawet nikt nie powiedział  “Do widzenia, Dwalin”. To nie wygląda zbyt dobrze. Chyba przesadziłem z akrobacjami. Może nadal są na mnie wkurzeni i chcą mnie ukarać? Nie bardzo się tym przejmuję. Ranek mija mi na obchodzie apartamnetu. Sypialnia, kuchnia, jadalnia, salon, łazienka, sypialnia.
Łazienka wygląda inaczej niż zwykle. Wyczuwam ruch, choć na razie nic nie widzę. Może to cień, który przesuwa się po ścianie? Nie, to zdecydowanie nie jest cień.
Może coś kryje się pod ręcznikiem? Wbijam pazurki w puszysty materiał i ściągam ręcznik na siebie.
Świetna kryjówka. Spod ręcznika obserwuję okolicę. Nic. Wysuwam nieznacznie nos. Nic.
Nagle po podłodze śmiga stworzonko wielkości mrówki. Wysuwam łapkę, próbując je nabić na pazur, lecz wymyka mi się w ostatniej chwili, znikając w odpływie prysznica. Coś takiego!
Rzucam się na kratkę, próbując ją podważyć. Już widzę armię stworzonek, z którą muszę stoczyć walkę na śmierć i życie. Nie uciekną przed kocim smokiem! Pogromcą balustrad!
Dopadnę was wszystkie! I zjem.
Kratka nie chce się wysunąć. Próbuję raz, drugi, trzeci. Próbuję pyszczkiem i łapką, wyciągam pazury.
Nic z tego.
Nagle czuję znużenie. To wszystko bez sensu. Może tylko mi się wydawało, że coś tam przemyka po kafelkach? Zawsze miałem bujną wyobraźnię…
Zbadam to jutro. Teraz mam inną ważną sprawę, która wymaga mojej natychmiastowej uwagi.
Wskakuję na kanapę...
Czas na drzemkę…mrrr…mrrr…mrrr.

 ?Aneta Noworyta 2011

wtorek, 04 listopada 2008

 Dwalin z norweskiego lasu.

Kot Dwalin przeciągnął się na kanapie
i zamruczał cichutko...
 
Dwalin

Oh, jak mi tu dobrze…ciepła sofa, jedzenie na wyciągnięcie łapki…
Pewnie chcecie wiedzieć, skąd się tu wziąłem?Mrrr…

No dobrze, nie mam zbyt dużo czasu, ale opowiem wam całą historię.

W moich żyłach płynie norweska krew!
Moi przodkowie królowali w norweskich lasach i nawet trole uciekały na ich widok gdzie pieprz rośnie!
Trole to jednak bardzo podłe stworzenia i naprzykrzały się moim prrrdziadkom na każdym kroku! To łamały drzewa, na których odpoczywały koty, to znów podkradały im jedzenie, to oblewały wodą ze strumienia. Moi prrrdziadkowie przeganiali je, ale w końcu się im to znudziło.
Postanowili więc poszukać spokojniejszego miejsca na kocie mrrrżycie.

trol


 Prrrdziadek Egil III znad Zielonego Fiordu wyruszył na poszukiwanie nowego mieszkania. Szedł przez doliny i góry, nieraz zmoczył sobie łapki w zimnych potokach, ale nie zawrócił. Pewnego dnia w dolinie usłanej kwiatkami i otoczonej wysokimi fiordami zobaczył zadbaną chatę. Miejsce to było malownicze, a chata wyglądała na bardzo zamożną. Król Egil przeskoczył płot i łapką zadrapał w drzwi.

Otworzyła mu mała dziewczynka. Egil zamruczał na powitanie, a dziewczynka wzięła go w ramiona i przytuliła do swojego policzka.

- Jaki jesteś piękny, zwierzaku! A jakie masz miękkie futerko! – powiedziała dziewczynka i dodała – Odtąd już zawsze będziemy razem! Będziemy najlepszymi przyjaciółmi!

norweska dolinaTak mój prrrdziad zamieszkał na norweskiej farmie.
Gospodarze traktowali go dobrze, a on odpłacał się im wieczornym mrrruczeniem.
Egil poprosił znajomego renifera, żeby przekazał wieści leśnym kotom i niedługo potem do wioski przybyła reszta mojej rodziny.
Od tego czasu wszystkie norweskie koty mieszkają na farmach.
A przydomek “leśny” noszą po to, by nigdy nie zapomnieć o tym, że ich przodkowie pochodzą z prawdziwych norweskich borów.
Jak zajrzycie jeszcze kiedyś w te strony, to opowiem wam kilka historii z mojego kociego życia…ale nie teraz…bo baaardzo chce mi się spaaaaać…

Mrrr….Mrrr…Mrrr

©AnetaNoworyta 2008