
Święty Mikołaj i licho
Idzie Mikołaj przez las,
chce zdążyć do wsi na czas.
Gramoli się przez zaspy,
sprawdza, czy dobry ma adres.
A za nim, po jego śladach,
cicho licho się skrada.
Będzie z tego ambaras?
Już wyszedł święty za las,
śpieszy się, kurczy się czas.
Na dach się musi wdrapać;
Wicher śniegiem zamiata.
A za nim licho: tup – tup.
Cicho spogląda na łup?
Oj, może być z tego huk…
Wtem coś trzaśnie pod świętym!
Z wora się sypią prezenty.
“Gwałtu! Licho napada!
Wszystkie zabawki rozkrada!”
Dźwiga się okradziony,
Jak bałwan oblepiony;
Mikołaj rozsierdzony…
I już za lichem w pogoni!
Święty dosięga broni.
Rózga świszcze w powietrzu.
Licho krzyczy: “ Ojejku!”
I licho w zaspę wpada.
Rózga stworzenie okłada.
Biada mu! Biada!
I znów prezenty się sypią,
W popłochu ucieka licho,
A za nim święty jak lew!
W ataku marszczy brew.
Aż nagle na białym śniegu
zjawia się mały Jezus
i tak rzecze świętemu:
“Stój święty Mikołaju!
Ja licho za tobą posłałem!
Bo chciałem Ci ulżyć w zadaniu,
byś szybciej wrócił do raju!”
Mikołaj spojrzał zdziwiony,
szczerze onieśmielony…
Pogłaskał licho po głowie
i poszli razem sobie.
Od tego dziwnego wypadku,
licho (choć nikt o tym nie wie)
Świętemu zawsze pomoga
roznosić podarki po świecie.